NA PIERWSZYCH ZDJĘCIACH BYŁY FURTKI… – wywiad z Mathilde Papapietro

15 08 2011 ::

Patrycja Cembrzyńska: Co znaleźć można takiego na działkach, że stały się one tematem Twojej twórczości, a na początku miejscem spacerów? Dziś, z tego co wiem, najczęściej odwiedzasz ogrody działkowe położone w okolicach ulicy Waszyngtona i Alei Stanów Zjednoczonych w Warszawie.
Mathilde Papapietro: Tam mam obecnie najbliżej. Jednak jednymi z pierwszych, które poznałam, były ogrody sąsiadujące z Polem Mokotowskim oraz przy ul. Odyńca. Przy Odyńca znajduje się najstarszy ogród działkowy w Warszawie, założony jeszcze w 1903 roku. Bardzo intrygują mnie także dzikie ogrody, zwykle gdzieś w pobliżu torów kolejowych – są biedniejsze, bardziej zaniedbane, ale zarazem to tam widać najwyraźniej, jak wyrzucone rzeczy żyć zaczynają drugim życiem. To tam zobaczyłam najciekawsze wytwory ludzkiej pomysłowości. Ale ogrody przy Waszyngtona stały się mi szczególnie bliskie. Raz, że mieszkam niedaleko. Dwa, że jest to miejsce otwarte i wiem, że zawsze mogę tu przyjechać.
P.C.: Rozmawiasz z działkowcami?
M.P.: Tak. U mnie na Grochowie jest targ, gdzie czasem przychodzą panie sprzedawać kwiaty. One mają tutaj ogródki działkowe. Kilka działkowiczek w ten sposób poznałam – robiąc zakupy na targu.
P.C.: Przede wszystkim jednak obserwujesz. Fotografujesz zmieniający się ogród. Jak zatem zmieniły się polskie ogrody działowe od czasu kiedy przyjechałaś do Polski, czyli z końcem lat 90?
M.P.: Gdy przyjechałam do Warszawy, nie było sklepów ogrodniczych. Teraz już są. To zmieniło bardzo wiele. Działki stają się dla mnie, jako artystki, trochę mniej ciekawe. Podobne altany, podobne ogrodzenia. Gdy nie było sklepów, ludzie musieli sami kombinować, jak co zrobić. To nagle zmieniło się, niemal z dnia na dzień. Dynamika ekonomicznych przemian, którą obserwuję od czasu przyjazdu do Polski, bardzo silnie odznaczyła się na wyglądzie ogrodów.

P.C.: Ludzie zaczęli kupować to, co dawniej wykonywali sami.
M.P: Są sklepy. Są czasopisma poświęcone ogrodom działkowym, które kreują określony model ogrodu. I widzę, że ludzie coraz częściej dostosowują się do niego. Teraz nawet zapłacą specjalnej firmie, by mieć działkę urządzoną „jak w gazecie”. Przy czym w Polsce, inaczej niż we Francji, wciąż jest więcej przestrzeni dla działań spontanicznych. Na osiedlach ludzie sadzą krzewy i kwiaty, tworząc przyblokowe ogródki. Skrawek ziemi niedaleko parkingu może nagle zostać przez kogoś przekształcony, przyozdobiony – i zdaje mi się, że nikt nikogo nie pyta o pozwolenie.
P.C.: W swoich fotografiach koncentrujesz się na fragmentach, detalach. Zdjęcia robisz najczęściej z alei ogrodowej. Lubisz fotografować ogrodzenia, furtki. Chociaż teraz chyba częściej wchodzisz do środka – za płot. Widać to szczególnie na zdjęciach, które pokazywałaś w gdańskiej „Łaźni” w 2007 roku. Wcześniej pojechałaś do Gdańska, by fotografować tamtejsze działki; ogrody przeznaczone do zamknięcia ze względu na budowę stadionu Baltic Arena, który powstaje na Euro 2012. Już ich nie ma.
M.P.: W Łaźni pracuje Agnieszka Wołodźko, którą bardzo interesuje temat ogrodów – jest autorką filmu na ich temat. Zanim Agnieszka mnie zaprosiła widziałam w gazetach jakieś artykuły na temat budowy stadionu. Zastałam miejsce, które było już prawie zupełnie porzucone, co miało jednak tę zaletę, że mogłam po tym terenie swobodnie się poruszać, wszędzie wejść, a przedmioty fotografować z bliska. W jakimś stopniu był to przełom – zdjęcia mają trochę inny charakter.
P.C.: Zwłaszcza gdy się ma w pamięci Twoje fotografie furtek. To od nich się zaczęło?
M.P.: Tak. Na pierwszych zdjęciach, które zrobiłam na terenie ogrodów działkowych, znalazły się furtki. Co charakterystyczne, wszystkie są zamknięte. Wówczas niedobrze mówiłam po polsku i trudno mi było kontaktować się z ludźmi, tłumaczyć o co mi chodzi, wyjaśniać, że nie mam złych zamiarów. Widziałam, że nie podoba im się, jak robię zdjęcia. Musiałam robić je z ukrycia, co nie było łatwe. Teraz też czasem mam problem. Nie wszyscy akceptują, gdy chcę sfotografować coś, co nie spełnia ich kanonu piękna, co ich zdaniem wygląda brzydko. Gdy na przykład pytam, czy mogę zrobić zdjęcie furtki, bo fotografuję je nadal, to oni często mówią „nie, nie, to nie jest ładne, ale może pani zrobić coś innego”, co jednak z mojego punktu widzenia może być mniej interesujące. Zawsze mówią też, żeby nie robić zdjęć zimą, że lepsza jest wiosna, kiedy są kwiaty. Ale ja robiłam zdjęcia o każdej porze roku. Zresztą moje wizyty w ogrodach przybrały formę rytuału: spacer… idę oglądać, jak wszystko zmienia się… Nie zakładałam na początku, że to będzie ważne artystycznie, że przerodzi się w artystyczny projekt. Chodziło bardziej o przyjemność. Myślałam po prostu: lubię tu być, więc zrobię zdjęcia, a potem zobaczymy. Nie miałam konkretnych planów. Teraz mam już około czterystu fotografii furtek. Choć coraz częściej interesują mnie inne tematy – ogrodowe rzeźby, konstrukcje z opon, gołębniki, a także ogrodowe altany. I działka jako całość. Widzę, że ludzie wciąż coś zmieniają. Jeżeli nie zrobię zdjęcia, przepadło.
P.C.: Czyli jednak działkom nie grozi monotonia. Łabędź uformowany z pociętych opon samochodowych, którego sfotografowałaś, to tylko jeden z wielu przykładów pomysłowości działkowców. Czy z furtkami jest podobnie?
M.P.: Kiedy przyjechałam do Warszawy mieszkałam w bloku, co na szczęście się zmieniło, choć blokowiska wciąż mnie otaczają. Ludzie nie mieli tam ze sobą żadnego kontaktu. A ja szukałam ludzi – zastanawiałam się, co oni robią? kim są? Każda furtka to jakby portret człowieka. Ta jest zamknięta. Ta bardzo strojna. Każda inna. Furtki zaczęłam fotografować również dlatego, że nie znając języka miałam poczucie dystansu. Było mi trudno iść o coś zapytać. Poza tym jestem artystką, oglądam więc te furtki trochę jak sztukę – jak kompozycję, taką, powiedzieć można, abstrakcyjną, na którą składają się kształty, kolory, materiał, różne faktury.
P.C.: I chciałaś uciec od blokowisk.
M.P.: Pochodzę z Prowansji. Tam wszędzie otacza mnie natura – w zasadzie dzika natura. Mieszkać tutaj w bloku nie było mi łatwo. To był ogromny kontrast. Poszukiwałam miejsca, gdzie mogłabym się poczuć dobrze, zapuścić korzenie… we Francji często mówimy „Prendre racine”… Trafiłam na ogródki. Podobało mi się, że tu są kwiaty, warzywa, że ludzie starają się maksymalnie zagospodarować kawałek ziemi. W parku jest inaczej, wszystko jest uporządkowane, musi mieć swoje miejsce, a tu…
P.C.: …trochę chaosu? anarchii?
M.P.: Tak. To właśnie mi się podoba. I dlatego trudno mi zamknąć temat. Nie przestają ciekawić mnie relacje pomiędzy ludźmi a naturą – na nich skupiam się w pracach, które tworzę tu, w Warszawie. Interesuje mnie miasto, ale bardzo intryguje również prowincja i to, co wy Polacy nazywacie „małomiasteczkowością”. Mam wrażenie, że na prowincji czas jak gdyby się zatrzymał albo przynajmniej biegnie inaczej. Z ogrodami działkowymi jest chyba podobnie. Z perspektywy współczesnej, zabetonowanej metropolii, której siłą napędową jest kapitalizm, takie ogródki to trochę inny świat. Jego istnienie potwierdza jednak, że mimo wielu udogodnień, jakie przyniósł postęp cywilizacyjny, ludzie mieszkający w miastach, a w każdym razie część z nich, wciąż pragną jakiejś bajki, małego domku wśród kwiatów. Inna ważna dla mnie sprawa to kontekst architektoniczny działkowego ogrodu. Bo z jednej strony ogród i miasto tworzą opozycję, ale przecież te dwa światy wciąż przenikają się i ze sobą koegzystują. W centrach największych miast zawsze są jakieś zielone oazy, na przykład ogrody botaniczne czy wspomniane już parki.
P.C.: Skoro o architekturze mowa – fotografujesz też altany. Na Twoich zdjęciach zobaczyć można między innymi domki działkowe na tle bloków. Co jest takiego atrakcyjnego w altanach? Czy ich skala, tak nieprzystająca do architektury nowoczesnego miasta? Czy ich nieortodoksyjne formy?
M.P.: Podobają mi się mocne kolory – cytrynowy, niebieski. Formy architektoniczne również. To jak to wszystko współgra albo jak tworzy dysonanse. Myślę, że w Polce ciągle jeszcze nie pojawił się odpowiedni dystans, by zobaczyć działki „inaczej” – przez pryzmat estetyki. Kiedy pokazałam moje prace we Francji, reakcje były o wiele bardziej emocjonalne. Francuski widz dostrzega na tych zdjęciach „polską egzotykę”. Nie chodzi mi o to, że patrzy ironicznie. Raczej o to, że widzi obrazy, których nie znajdzie w turystycznym przewodniku, miejsca mało odkryte i drugą twarz kultury popularnej. Elementem egzotycznym był także śnieg, którego u nas prawie nie ma – w każdym razie cieszymy się nim sporadycznie. Ja zresztą bardzo lubię fotografować zimą, kiedy jest dużo śniegu – uzyskuję wówczas efekty o wiele bardziej graficzne.
P.C.: Jakby na białej kartce ktoś wykreślił kolorowy rysunek. Śnieg neutralizuje tło. Formy na pierwszym planie stają się wyraźniejsze, choć jednocześnie sam obraz jest bardziej płaski. Dekoracyjność jest charakterystycznym elementem twoich zdjęć. Lubisz mocne kontrasty, a zima im sprzyja. Wiosna, lato i jesień też jednak pojawiają się na swoich zdjęciach. Prawie nigdy jednak nie fotografujesz deszczu, pochmurnego nieba. Kojarzę tylko kilka Twoich zdjęć utrzymanych w szarościach – myślę tu o fotografiach przedstawiających wnętrza zdezelowanych szklarni, gdzie zza brudnych szyb widać bezlistne gałęzie drzew. W pozostałych przypadkach barwy są niezwykle nasycone, często przejaskrawione, jakby na działce zawsze panował upał.
M.P.: Tak w ogóle, to w Polsce zainteresował mnie temat słońca. Po części dlatego, że słońca mi tutaj nieco brakuje. Zaintrygowało mnie, dlaczego ludzie malują dom, nawet prawdziwy dom, na żółto. Wielkie zdumienie – jak można coś takiego? Zauważyłam też, że motyw słońca bardzo często pojawia się na furtkach. Metalowy okrąg lub pół-krąg i pręty z niego wychodzące – mam wiele takich fotografii.
P.C.: Rzeczywiście, na działkach przetrwało sporo motywów solarnych. Słońca pojawiają się również namalowane na ścianach altan. Widziałam zegary słoneczne robione przez działkowców. W naszej tradycji ludowej, w obrzędach związanych z domem, słońce to gospodarz. Praca na działce jest trochę, jak mi się wydaje, tworzeniem domu słońca.
M.P.: I jeśli słońce, to także kolory. Gdy patrzę na altany, nie mogę się nadziwić zestawieniom barw, szokującym kontrastom. Kolory często nie bardzo do siebie pasują, na przykład brązowy i żółty. Ale ma to swoją specyfikę. Na działce szukam ciepła. To miejsce, gdzie można się ogrzać, choć nie tylko w dosłownym rozumieniu tego słowa. Mam raczej na myśli gromadzenie energii, naładowywanie się, absorbowanie i uwalnianie kreatywnego potencjału. Kaloryfer łazienkowy zmienia się w drabinkę dla kwiatów – a dlaczego nie? Na działce szukam inspiracji.
P.C.: Nie razi Cię działkowy kicz? Czy w ogóle jest to dla Ciebie kicz?
P.C.: Nie próbuję grać z kiczem, jak Jeff Koons. Fotografuję działkowe osobliwości, robiąc coś na kształt ich dokumentacji, lecz jeśli chodzi o moje własne instalacje, te są już tylko reminiscencją form, które zobaczyłam w ogrodach. Nie tworzę ani kopii, ani parodii działkowych rzeźb czy konstrukcji. Poza tym kicz to jest w telewizji, a działkowcy potrafią stworzyć coś z niczego. Znajduję w tym żart, egzotykę, ale kicz niekoniecznie.
P.C.: Jak będą Twoim zdaniem wyglądać ogrody działkowe w przyszłości. Sklepy ogrodnicze będą dyktować trendy, czy jednak zwycięży potrzeba indywidualnej ekspresji?
M.P.: Wszystko zależy od sytuacji ekonomicznej. Paradoksalnie, pomysłowość ujawnia się najlepiej w czasach kryzysu.
P.C.: A czy działki przetrwają? Przypadek Gdańska nie jest odosobniony. To także przypadek londyńskich Manor Garden Allotments, zlikwidowanych kilka lat temu w związku z inwestycjami budowlanymi towarzyszącymi przygotowaniom do letnich Igrzysk Olimpijskich Londyn 2012.
M.P.: Jednym z problemów jest to, że działki są często zamknięte dla postronnych, że nie są prawdziwymi przestrzeniami publicznymi, gdzie każdy przyjść może na spacer. Ludzie po prostu nie znają ogrodów działkowych i poza działkowcami niewiele osób identyfikuje się z tymi miejscami. Polityka władz miejskich również często nie sprzyja ochronie tego typu trenów. Ale chociażby w Paryżu idea ogrodów działkowych właśnie się odradza. Powstają one w ramach działań prosocjalnych, na przykład pomocy dla imigrantów. I są zawsze otwarte, co również sprzyja integracji zróżnicowanych pod względem etnicznym i ekonomicznym lokalnych społeczności.

Mathilde Papapietro – urodzona w Carpentras we Francji. Studiowała w Ecole Régionale des Beaux-Arts i Conservatorire Régional de Musique w Valence, a następnie w Ecole des Beaux-Arts w Paryżu. W 1997 roku przyjechała do Warszawy Od tego czasu dzieli pracę artystyczną pomiędzy Polskę i Francję.

Komentuj

dzielo dzialka zaloga dzi kolekcja dzielo dzialka formularz kontaktowy Muzeum Etnograficzne w Krakowie